wtorek, 21 maja 2013

Rozdział IV.

Z tym rozdziałem zeszło nam trochę dłużej, no ale musicie nam wybaczyć :D
Mamy nadzieję, że podoba Wam się ;) Czekamy na Wasze komentarze! Pamiętajcie, że małe satyrki nie nakarmią się same :D
Dziękujemy za taką ilość wyświetleń i za taką ilość obserwatorów. Jesteście niesamowici <3
Jeszcze raz dziękujemy i życzymy miłej lektury ;)
__________________________________________________________

             Nie powiem, żebym była z siebie dumna.
             Jeszcze raz przeszłam się po Obozie, tym razem w towarzystwie Nica, starając się trzymać, jak najdalej od jego miecza. Nie mam pojęcia co ten chłopak ma w sobie, ale wyśpiewałam mu ostatnie 2 tygodnie mojego życia. Gdybym pamiętała więcej, jestem pewna, że byłby w stanie spisać moją biografię.
             Ja jednak chyba nie emanowałam czymś takim jak on, ponieważ niewiele się o nim dowiedziałam. To znaczy wspominał coś o tym jak został wyprowadzony z tego magicznego kasyna, mimochodem wspomniał o śmierci siostry i żalu do Percy'ego, o wojnie z Kronosem, a potem z Gają... I to by było na tyle. Więc ja sama, ledwo co byłabym w stanie zapisać o nim jedną kartkę zeszycie. Czyli dość skromnie, jak widać.
             Ale przynajmniej opowiedział mi o Obozie. O tym, na czym polega bitwa o sztandar, o wyścigach rydwanów, o codziennych ćwiczeniach. W międzyczasie wybraliśmy się do stajni z pegazami. Skłamałabym gdyby powiedziała, że ucieszyły się na nasz widok. Gdy chciałam pogłaskać jedną z kasztanowych klaczy, natychmiast uciekła w kąt boksu, machając skrzydłami. Nico stwierdził, że to jego wina, ponieważ zwierzęta wyczuwają jego obecność, chociaż ja obstawiałabym obecność jego miecza. Coraz bardziej jednak mnie interesował, choć wciąż wolałam się trzymać na bezpieczną odległość, w razie jakby miał ożyć własnym życiem, co nie zdziwiłoby mnie, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia.
              Tarcza słońca leniwie znikała za drzewami. Wciąż było jasno, ale zapewne nie na długi czas. Po raz milion szesnasty z kolei, przechodziliśmy obok Wielkiego Domu, podczas gdy Nico opowiadał mi o poszczególnych domkach. Właśnie mówił o dzieciach Aresa, gdy naprzeciw nas dosłownie wyrosła wysoka dziewczyna z rudymi włosami. Jej loki mieniły się w słońcu miedzianymi odcieniami, zielone oczy błyszczały niczym szmaragdy. Miała na sobie za dużą koszulkę jakiegoś nieznanego mi zespołu, jeansowe rybaczki miejscami pomalowane farbą i pisakami, gdzieniegdzie podziurawione i załatane kwiecistymi materiałami. Jednak to nie jej ubiór tak bardzo przykuwał do niej wzrok. Gdy patrzyło się na nią dłużej, zdawała się mienić złotą poświatą.
                - Hej, Nico! Hej...! - przywitała się radośnie, jednak na mój widok urwała - Czy my się kiedyś nie spotkałyśmy?
                - Nie wydaje mi się - odpowiedziałam.
                Nico spojrzał na nią uważnie, z kolei ona przez chwilę przyglądała się mi z dziwnym zainteresowaniem. Jednak po chwili na jej twarz znowu zawitał wesoły uśmiech.
                - No nic, może mi się wydawało - machnęła ręką - Przy okazji, jestem Rachel.
                - Lynnette.
                - Ładnie, ale nie uważasz, że  Lynn brzmi lepiej?
                Rzuciłam jej mordercze spojrzenie.
                - Nie, nie brzmi.
                Popatrzyła na mnie z uniesionymi brwiami.
                - Och, no dobrze. - wzruszyła ramionami i zwróciła się do Nica - A ciebie chyba szukał Chejron, prawdopodobnie w sprawie z Zebrania.
                Na twarz chłopaka wyraźnie wpełzło zdenerwowanie, które zaraz ukrył pod kamienną maską.
                - To może lepiej pójdę z nim porozmawiać - powiedział i ruszył do Wielkiego Domu - Spotkamy się niedługo, na kolacji.
                Pomachał nam i znikł za niebieskimi drzwiami.
                Rachel spojrzała na kolorowy zegarek na nadgarstku.
                - Za chwilę powinna być, więc może chodźmy już do pawilonu jadalnego, co? - odezwała się - Skoro na razie mieszkasz u Hermesa, lepiej będzie jak pojawisz się jak najwcześniej, jeśli chcesz zając sobie wygodne miejsce przy stole.


***


                Rytmicznie bębniłam palcami w blat stołu. Głowę opierałam na drugiej ręce. Zdawało mi się, że waży tonę! Kłębiło się w niej tysiące myśli, setki nowych informacji, miliony pytań. Chociaż z tymi informacjami było inaczej. Zdawało mi się, że ja już to wszystko wiem. Tylko ta wiedza czai się gdzieś w zakamarkach mojego umysłu, czeka aż ktoś wypowie jakieś imię czy nazwę i wyskakuje znienacka, ciskając mi na usta wszystkie możliwe ciekawostki dotyczące danej rzeczy. Jeśli wszystko dobrze ogarnęłam to właśnie tak działa Internet. Super, mój mózg przypomina Internet, żyć nie umierać.
                Rachel kazała mi usiąść przy jednym z licznych stołów. Sama usiadła przy stoliku przy, którym powili zapełniały się wszystkie miejsca. Jakby miała strzelać powiedziałabym, że siedzi z dziećmi Apolla. Dziewczyny gadały bardzo melodyjnymi głosami i wszyscy byli bardzo opaleni. Jeden chłopak miał przy sobie łuk. Nico powiedział mi, że Rachel jest Wyrocznią. Pewnie dlatego siedzi akurat z dziećmi Apollina.
                Miejsca przy moim stole też powoli się zapełniały. Zdecydowanie domek numer jedenaście był najliczniejszy, dobrze, że przyszłam wcześniej. Kiedy po raz setny westchnęłam ciężko na miejsca naprzeciwko mnie wcisnęli się dwaj młodzi faceci. Byli do siebie bardzo podobni, jeden minimalnie wyższy od drugiego. Obaj byli chudzi, mieli brązowe kręcone włosy, oczy im błyszczały, a po twarzy błąkały się sarkastyczne uśmieszki. Wyglądali na jakieś 19-20 lat. Można by rzec, że nie są już pierwszej młodości biorąc pod uwagę tutejsze standardy.
                - No cześć - odezwał się jeden z nich - Nowa, prawda? - skrzywiłam się. Znowu ta nowa. Spojrzałam na niego spode łba.
                - Lynnette - rzuciłam krótko.
                - Travis i Connor Hoodowie - odezwał się, tym razem drugi z braci - Grupowi twojego domku - słowo „grupowi” wypowiedział z taką dumną, jakby  ogłaszał siebie i brata prezydentami Stanów Zjednoczonych.
                - Jesteście bliźniakami? - zapytałam.
                - Nie, ja jestem ten starszy, przystojniejszy, bardziej męski…
                - Och, zamknij się Travis. Nie wykorzystuj tego, że ona teraz nie wie w co wierzyć i uwierzy w każde kłamstwo, które jej wciśniesz. Poza tym ona ma oczy - Connor uśmiechnął się kpiąco.
                Jego brat niestety nie miał szansy mu odpowiedzieć, ponieważ Chejron  poprosił wszystkich o ciszę.
                - Zanim zaczniecie jeść mam dla was dwie informacje. Po pierwsze! Jutro odbędzie się kolejne zebranie, ponieważ dziś nic konkretnego nie udało się nam ustalić. Proszę grupowych każdego domku o zjawienie się jutro, zaraz po śniadaniu, w Wielkim Domu. Po drugie! Do naszego grona dołączyła dzisiaj nowa heroska. Lynnette, pozwól tu na środek i powiedz nam coś o sobie. Bo ja szczerze mówiąc nie wiem nawet jak masz na nazwisko.
                Wstałam od stołu i ruszyłam pewnym siebie krokiem. Nie przeszkadzało mi to, że wszyscy się na mnie gapią. Bardziej przejmowałam się tym, co ja właściwie mogę o sobie powiedzieć. No tak, wiem tylko, ile mam lat, jak się nazywam i to by było tyle. Stanęłam obok Chejrona i rozejrzałam się po twarzach obozowiczów. Żaden z nich nie wyglądał wrogo. No może z wyjątkiem dzieciaków z jednego stolika. Była ich trójka, dwie dziewczyny, jeden chłopak. Wyglądali jakby zaraz mieli rzucić we mnie widelcem.
                - No więc, nazywam się Lynnette Montrose - przełknęłam ślinę - Mam szesnaście lat. Nie mam pojęcia, który z olimpijczyków mógłbym być moim boskim rodzicem. Z tego co wiem nie mam żadnych szczególnych zdolności.
                - Z tego co wiesz? - powtórzył jakiś chłopak, chyba ze stolika Ateny.
                - Tak, no bo… ja straciłam pamięć - na te słowa obozowicze zaczęli szeptać między sobą. Zdołałam usłyszeć coś w stylu „A jeśli powtórzy się coś takiego jak w przypadku Jasona?”. Spojrzałam bezradnie na Chejrona.
                - Cisza - centaur podniósł głos - Proszę was, nie mówcie o niczym bezpodstawnie. Jeśli chcecie znać moje zdanie, szczerze wątpię w to, żeby Lynnette straciła pamięć w taki sam sposób jak Jason.
                Nico wspominał mi o tej całej amnezji i podmianie. Ale przecież to niemożliwe, żeby było tak w moim przypadku.
                - Lynnette możesz już wrócić na miejsce - zwrócił się do mnie Chejron - Życzę wszystkim smacznego!

***


                Po najlepszej kolacji jaką w życiu jadłam (no dobra nie mam co do tego stu-procentowej pewności, ale wątpię, żeby coś przebiło szklanki, napełniające się tym na co aktualnie masz ochotę), ruszyliśmy w stronę domków. Ociągałam się trochę, chciałam jeszcze pogadać z Nico. Jak na razie to on najlepiej poradził sobie z wtajemniczaniem mnie w to wszystko.
                - Hej, Lynnette! Zaczekaj! - nie rozpoznawałam tego głosu. Odwróciłam się szybko i ujrzałam sławnego Percy’ego Jacksona. Biegł w moją stronę. Policzki miał zróżowione, niesamowite zielone oczy błyszczały. Jak na moje oko potrzebował fryzjera, włosy sterczały mu we wszystkie strony.
                - Śpieszy ci się gdzieś? Chciałem chwile pogadać - uśmiechnął się - Tak w ogóle to jestem Percy.
                - Taa, obiło mi się o uszy. O czym chcesz porozmawiać?
                - Wiesz, chodzi o to, że ja też kiedyś straciłem pamięć. Wiem jakie to beznadziejne. Jednak miałem szczęście w nieszczęściu. Zapamiętałem jedno imię. To mi bardzo pomogło. Trzymałem się ten imienia, tego cienia wspomnień związanych z nim. Bez tego chyba bym zwariował. Ty nie pamiętasz niczego?
                - Nie, chyba nie… to znaczy to jest tak, że te wszystkie wydarzenia z mitologii, historie bogów i w ogóle… ja już o tym słyszałam. Na pewno.
                - Interesujące - Percy zamyślił się przez chwilę - Myślę, że powinnaś pogadać z Annabeth.
                - Twoją dziewczyną, tak?
                - Aha. Ktoś już opowiadał ci o… że tak powiem, bardziej znanych obozowiczach?
                - Taa - kiwnęłam głową - Nico di Angelo.
                - To dobrze. Czasem mam wrażenie, że ten chłopak wie więcej od Dionizosa.
                - Co mi po Dionizosie? Teraz pewnie…
                - Nikt ci nie powiedział? - Percy mi przerwał. Całkiem sympatyczny z niego chłopak, ale wprost nie cierpię kiedy ludzie mi przerywają! -  Poznałaś już Pana D.? - skinęłam głową - Więcej miałaś przyjemność poznać jednego z olimpijczyków. Pan D. to Dionizos we własnej osobie.
                - Żartujesz? - Ten nadęty bufon bogiem? Byłam tak zdziwiona, że prawie zrobiłam minę po tytułem „rybka”. Udało mi się jednak zachować naturalny wyraz twarzy i jedynie lekko unieść brwi.
                - Wcale nie - chłopak zaśmiał się krótko - Nie przejmuj się, jako jedyny z bogów nosi takie okropne koszule - dodał szeptem.
                - Słyszałam, że ty i twoi przyjaciele spotkaliście prawie każdego z bogów. Co mówią przy pierwszym spotkaniu? Coś w stylu: Cześć dziecko, twój ojciec czy tam matka jest bogiem i z tego powodu przez całe życie będą ganiać cię potwory, a ja chodź jestem wszechmogący nie mogę nic na to poradzić. Powodzenia w dalszym życiu, tylko nie zapomnij złożyć mi ofiary przy każdym posiłku?
                - Wiesz, oni naprawdę nas kochają. Może trudno ci to sobie wyobrazić ale tak jest. Nie mają innego wyjścia. Ale zawsze nad nami czuwają. Nawet Ares czy Hades.
                Ciężko mi było postawić się na miejscu Nica. Mieć za ojca Pana Umarłych. A Percy mi tu mówi o rodzicielskiej miłości? Jakoś tego nie widzę. Chyba zauważył wątpliwość na mojej twarzy, bo uśmiechnął się pocieszająco.
                - Zobaczysz, niedługo wszystko stanie się dla ciebie zrozumiałe. Jakbyś miała jakieś kłopoty to się nie krępuj, chętnie ci pomogę.
                - Dzięki -  wyczuwałam, że mówił to szczerze, więc postarałam się uśmiechnąć.
                - Ja muszę lecieć, a tobie życzę powodzenia. Czeka cię noc w domku Hermesa, więc dam ci radę. Jeśli masz ze sobą coś cennego, to lepiej śpij z otwartymi oczami.
                - Spróbuję - tym razem nie musiałam się tak bardzo starać, żeby zdobyć się na uśmiech.


***

                No dobra, jak patrzę na to z perspektywy czasu to dochodzę do wniosku, że miałam całkowite prawo się rozkleić.
                Starałam się tego nie robić. W końcu nie płakałam nawet tego dnia, kiedy obudziłam się i w głowie miałam totalną pustkę. To nie było nic przyjemnego. Budzisz się rano, kompletnie nie wiesz gdzie się znajdujesz. Otaczającą cię nieznane przedmioty, zupełnie obce twarze. Próbujesz się podnieść i wtedy dociera do ciebie coś, co dosłownie zaczyna miażdżyć cię od środka.
                Uświadamiasz sobie, że nie wiesz kim jesteś. Okej, wiem, że każdy człowiek przez całe życie zastanawia się kim jest. Ale to zupełnie inne uczucie. Nie wiesz jak się nazywasz, nie wiesz jak wyglądasz. Nie wiesz nawet czy ciało, w którym się znajdujesz należy do ciebie.
                A potem inni zaczynają ci wszystko opowiadać i stwierdzasz, że już lepiej było niczego nie wiedzieć.
                Dowiadujesz się, że jesteś sierotą. Nikt nigdy nie widział ani twojej matki ani ojca. Nawet nikogo z dalszej rodziny. Na dodatek jesteś życiową porażką. Masz zaawansowane ADHD i dysleksję. Jednego przyjaciela, którego w ogóle nie pamiętasz.
                 Wtedy nie płakałam. To nie to, że łzy nie przychodziły. Napływały do oczu hektolitrami. Ale dałam radę je powstrzymać. Może nie widziałam kim jestem, ale miałam pewność, że na pewno nie jestem jakąś rozwydrzoną łajzą i że dam radę nawet w tak beznadziejnej sytuacji.
                Tej nocy, na twardej podłodze w domku Hermesa, łzy napływały znowu. Może nawet natarczywiej niż wtedy.
                Ale przecież się nie rozbeczę. Ktoś mógłby mnie zobaczyć. A zresztą, co mnie to, gorsze jest to, że ja nie chciałabym przyznać się przez samą sobą do płaczu.             
                Teraz już dowiedziałam się, że jednak mam któregoś rodzica. Nie mam pojęcia czy matkę czy ojca, ale na pewno gdzieś tam jest i ma się dobrze. W końcu jest bogiem! Przez ten cały czas istniał (lub istniała), ale ja nigdy go nie widziałam. No w sumie może i widziałam, kto to wie co ja robiłam, przez te ostatnie szesnaście lat?
                No ale co mi po tym, że teoretycznie nie jestem sierotą. Nadal jestem sama. Sama w tym jednocześnie nowym i znanym mi świecie.
                 Kręciłam się z boku na bok, aż w końcu podniosłam się gwałtownie. Gdyby leżała w tym cholernym śpiworze chociaż kilka sekund dłużej, nie wytrzymałabym, rozpłakałabym się.
                Wyszłam z domku starając się robić jak najmniej hałasu. Muszę przyznać, że to akurat wychodzi mi świetnie. Przeszłam przez starą i lekko próchniejącą podłogę bezszelestnie. Drzwi, które przez cały wieczór skrzypiały niemiłosiernie, otworzyłam nie zaburzając nocnego spokoju.
                Może mój ojciec jest jakimś bogiem ciszy czy kimś w tym rodzaju. Chyba nawet kiedyś o takim słyszałam.
                Przeszłam przez osiedle domków, koło Wielkiego Domu i zaczęłam zbliżać się do lasu. Szłam oddychając głęboko i starałam się uporządkować myśli. Nagle coś usłyszałam i podniosłam gwałtownie głowę. Zamarłam.  
                 Z lasu wyłonił się potwór. Wyglądał jak spasiony buldog. Tylko pięć razy większy. Albo pięćdziesiąt. Do tego miał spojrzenie mordercy i zęby mogące zmiażdżyć ciężarówkę.
                Rozejrzałam się szybko. Nikogo nie było w zasięgu mojego wzroku. Nico opowiadał mi, że w nocy zawsze jest ktoś na warcie, lecz w tej chwili musieli przebywać w innej części. Po za tym, potwory chyba nie miały wstępu na teren obozu, prawda?
                Musiałam kogoś zawiadomić. Już miałam się odwrócić i biec do najbliższego domku, kiedy spomiędzy drzew wynurzyła się strzała. Leciała bardzo szybko, ale ja miałam dobry wzrok (wyjaśnili mi, że herosi tak mają). Zobaczyłam dokładnie jak wbija się w pierś zwierzęcia.        
                Nico opowiadał mi, że potwory ugodzone niebiańskim spiżem rozpadają się w pył. Potem oczywiście się odradzają, nie ma tak łatwo. Tego się właśnie spodziewałam, że potwór rozpadnie się w pył. Jednak tak się nie stało.
                Strzała trawiła idealnie w pierś zwierzęcia. Tyle, że nie wbiła się w jego ciało, ale przez niego przeleciała. Po prostu przeniknęła go. Wylądowała w ziemi kilkanaście metrów dalej. A potwór po kilku sekundach zniknął. Od tak, rozpłynął się w powietrzu.
                Patrzyłam na tę scenę, oniemiała. Kompletnie nie wiedziałam jak mam na to zareagować. A potem coś znowu wyłoniło się z lasu. Tym razem była to dziewczyna.
                Biegła przez trawę długimi susami, tak prędko, że ledwo co ją zauważałam. Było to dość dziwne, bo była tak drobna i niska, że w życiu bym nie powiedziała, że potrafi być tak nienaturalnie szybka. Długie, proste czarne włosy miała związane w wysokiego kucyka, a jej cera błyszczała delikatnie w świetle księżyca.
                Nagle odwróciła się w moją stronę, zapewne zauważając moją obecność.
                - Co ty tu robisz? - warknęła, podbiegając do mnie, wyciągając strzałę z kołczanu na plecach i zakładając ją na cięciwę. Podejrzewam, że w tamtym momencie chciała we mnie wycelować i zmieść mnie z powierzchni ziemi.
                Gdy zbliżyła się, poczułam emanującą od niej siłę. Potężną, tajemniczą i starodawną.
                - Ciebie mogę spytać o to samo - odgryzłam się, starając się nie ulec ochocie ucieczki z powrotem do domku Hermesa.
                - Mam pozwolenie od Chejrona, do przebywa... A zresztą co ci do tego? - parsknęła - Nowa, tak? Więc dam ci radę na przyszłość - noc to moja działka, radzę ci trzymać się dziedziny twojego rodzica.
                Nie zwróciłam na nią uwagi, prawdopodobnie dlatego, że nie miałam pojęcia kim jest mój rodzic.
                - Co to było? - spytałam, wskazując na miejsce w którym zniknął potwór.
                - Powiedziałam, że noc to moja działka, tak? Więc nie załatwiaj sobie wrogów już na samym początku pobytu tutaj.
                Spojrzałam jej prosto w zielone oczy. Miały barwę trawy skąpanej w świetle gwiazd.
                - A mogę wiedzieć przynajmniej kogo mam sobie wpisać na szczyt listy herosów, którym ja, biedna, nic nie znacząca Lynnette, nie powinna wchodzić w drogę, bo są zbyt potężni jak na mój mały rozumek? - prychnęłam z ironią.
                - Cieszę się, że się zrozumiałyśmy - rozciągnęła usta w sztucznym uśmiechu - Miranda będzie dobra na pierwsze miejsce.
                Cholera! To ta Miranda. Ta o której wspominał Chejron i Tony. "Przecież wiesz, co Miranda potrafi robić w nocy." Nie potrafiłam sobie przypomnieć żadnej bogini, która zajmowała się nocą. Jedynie Artemida przychodziła mi na myśl, a przed nią jeszcze Selene. Ale to nie było raczej możliwe, ani jedna ani druga opcja. Chyba, że...
                - Nyks - odezwałam się - Jesteś córką Nyks.
                - No, widzę, że mamy tu błyskotliwą córkę Sherlocka i Ateny w jednym - mruknęła, zdmuchując z czoła pojedynczy, zbłąkany kosmyk - A teraz zjeżdżaj.

***
               
                Wracałam do domku numer jedenaście w stanie bezwzględnego szoku. Spotkanie z tajemniczą Mirandą i w ogóle cała ta akcja z potworem, mocno mnie sfrustrowały. Skoro jest córką Nyks... Jakoś nie za bardzo mi się to wszystko zgadzało. Zdawało mi się, że wiem coś o tej bogini. Mój „mózgo-internet” mówił mi, że jest ona boginią pierwotną. To znaczy, że wyłoniła się z Chaosu. I, że nigdy w żadnej opowieści nie wystąpiło żadne jej ludzkie dziecko. Widocznie panna Noc To Moja Działka była pierwsza.
                Ale jak sprawiła, że ten potwór zniknął? Przecież to niemożliwe, żeby miała aż taką moc.
                Domek Hermesa nadal był pogrążony w ciszy. Nie przerywając jej nawet najmniejszym dźwiękiem, weszłam do środka. Podeszłam do mojego śpiwora i spostrzegłam coś czego wcześniej na pewno tu nie było.
                Na mojej poduszce leżała mała srebrna paczuszka. Rozejrzałam się dookoła. Wyglądało na to, że wszyscy spali jak zabici. Oczywiście, pewnie wcale tak nie było. Pewnie jacyś wielcy żartownisie tylko udawali, że śpią. A tak naprawdę czekali, aż ja głupia otworzę prezencik, a jakiś mały mityczny skurczybyk dziabnie mnie w rękę albo coś.
                 Bezszelestnie przeszłam nad głowami mieszkańców domku Hermesa, szukając jakiś oznak tego, że któryś z nich tylko udaje, że śpi. Wsłuchałam się w równe oddechy.
                 Moja ciekawość zwyciężyła i zdecydowałam się otworzyć pakunek, nawet jeśli miałby to być jakiś głupi kawał. Bo przecież nawet jak teraz im się nie uda ze mnie pośmiać, to spróbują jeszcze raz. Lepiej mieć to za sobą.
                A może to wcale nie żart?
                Ostrożnie podniosłam paczuszkę. Obejrzałam ją ze wszystkich stron, poczym powoli zdjęłam wieczko.
                W środku znalazłam łańcuszek. Łańcuszek z wisiorkiem z kształcie klucza. Nie, nie w kształcie. To był klucz. Ale nie taki zwyczajny klucz. Staromodny, z eleganckimi zawijasami.
                Wzięłam go do ręki, był zimny w dotyku. Zbadałam go uważniej palcami i obejrzałam we wpadającym przez okno księżycowym świetle.
                Kto mógłby mi podarować naszyjnik? Nikt mnie tutaj za bardzo nie zna. Chociaż to nie przeszkadza większości uważać mnie za dziwaczkę, która straciła pamięć. A może każdy heros dostaje prezent w pierwszym dniu na Obozie? Nie, Nico by mi o tym wspomniał. No i dlaczego akurat klucz? Nie wiem skąd, ale widziałam, że to nie bez znaczenia. Po krótkim namyślę założyłam łańcuszek na szyję.               
                Zrobiło mi się... jak to się mówi? Cieplej na sercu? Tak, chyba można to tak określić. W każdym bądź razie poczułam się jakoś pewniej. Jakby ten naszyjnik był już kiedyś moją własnością, którą ktoś mi odebrał, a teraz wrócił na swoje miejsce. To było dziwne uczucie. Pierwsze odczucie jakbym miała w posiadaniu coś, co należało do mojego poprzedniego życia. Nie w sensie poprzedniego wcielenia, tylko do tego życia przed utratą pamięci.
                Dziwnie spokojna, wczołgałam się do śpiwora i zasnęłam kilka sekund po tym jak zamknęłam powieki.

***

                Poranek był trochę mglisty. W domku Hermesa chyba lubią sobie pospać, bo na nogach było dopiero jakieś 6 osób. Przynajmniej nie było kolejki do łazienki. Wcisnęłam na siebie obozowy podkoszulek i te okropne dżinsy, które wczoraj przyniósł mi Tony. Będą musiała rozejrzeć się za czymś odpowiedniejszym, musiałam przyznać, że czułam się wyjątkowo niekomfortowo w tych ubraniach.
                Szybko opuściłam Jedenastkę, nie odzywając się do nikogo. Tak naprawdę to potrzebowałam z kimś porozmawiać. I to bardzo. Niestety, nikt z mieszkańców domku Hermesa nie wydawał mi się dobrym kandydatem. Co prawda, bracie Hood wydawali się całkiem w porządku, ale nie chciałabym im się zwierzać. I oni nie wyglądali na ludzi, którzy mieliby ochotę słuchać o moich problemach.
                Postanowiłam znaleźć Nica. Wyjątkowo dobrze mi się z nim rozmawiało. Mieliśmy wspólny język, tak jakbyśmy już kiedyś ze sobą rozmawiali. Po za tym i tak wie już o mnie wszystko.
                Zaczęłam poszukiwania od plaży. Miałam ochotę przejść się boso po piasku. Mgła powoli opadała, a słońce przeciskało nieśmiałe promienie przez gęste chmury.  Wiatr szarpał moje lekko kręcone włosy. Znowu zaczęłam się zastanawiać nad niespodziewanym prezentem. Miałam na sobie naszyjnik i postanowiłam go na razie nie zdejmować. Lepiej się z nim czułam.
                - Hej Lynnette! - zwołał ktoś z boku. Spojrzałam w tamtą stronę i spostrzegłam, idącego w moim kierunku Percy’ego. Towarzyszyła mu Annabeth i jeszcze jakiś chłopak. Dopiero gdy podeszli bliżej zorientowałam się, że to Drake. Jednak teraz wyglądał trochę inaczej. To chyba jego włosy… były trochę dłuższe i o odcień ciemniejsze.
                - Hej - odpowiedziałam, chowając naszyjnik pod bluzką.
                - Lynnette to jest Annabeth, moja dziewczyna - w głosie Percy’ego zabrzmiała dziwna duma i po prostu musiałam się uśmiechnąć .
                - Miło cię poznać - powiedziała Annabeth. Chyba mówiła to szczerze, jednak patrzyła na mnie tak, jakby tymi szarymi oczami chciała zajrzeć mi do mózgu. Zrozumieć jego działanie i rozłożyć na czynniki pierwsze. No proszę, spróbuj szczęścia, pomyślałam. Nawet ja nie wiem co w nim siedzi.
                - Mi również jest miło - mruknęłam i podałam jej rękę.
                - A my się już znamy - odezwał się Drake i wytrzeszczył do mnie zęby.
                - Tak, guz na środku  głowy nie daje mi o tym zapomnieć - kąciki moich ust podniosły się lekko do góry.
                - Idziemy na arenę szermierki, idziesz z nami? - zapytał mnie Percy.
                - Okej - wzruszyłam ramionami. Ich towarzystwo akurat w miarę mi odpowiadało.
                - Nadal nic nie pamiętasz? - zwróciła się do mnie Annabeth, kiedy ruszyliśmy w stronę areny.
                - Nie - pokręciłam głową. Nie chciało mi się wszystkiego powtarzać, więc szybko zmieniłam temat - Ty też walczysz? No wiesz teraz w ramach treningu? - zapytałam.
                - Czasem. Muszę trzymać kondycję, więc to raczej konieczne. Ale teraz nie będę trenować, za to ty powinnaś spróbować - uśmiechnęła się lekko - To bardzo ważne, żebyś od razu dobrała sobie broń. Trzeba zobaczyć w czym jesteś dobra. W walcem mieczem, sztyletem, włóczą. Albo może potrafisz dobrze strzelać z łuku. Jeśli tak to jest dużo prawdopodobieństwo, że jesteś córką Apolla… - na wspomnienie strzelania z łuku od razu przypomniała mi się Miranda.
                - Więc jeśli ktoś dobrze strzela, jest od Apolla, tak?
                - Najczęściej. Ale nie zawsze.
                - Miranda naprawdę jest córką Nyks?  - wypaliłam, zanim zdążyłam się zastanowić. Miałam nadzieję, że wybaczają tu bezpośredniość, w końcu większość obozowiczów ma ADHD.
                - Aha - przytaknęła - Pierwszą w historii.
                - Czy mnie słuch myli, czy gadacie o Mirandzie? - Drake odwrócił się do nas.
                - Chyba słuch cię myli albo znowu ci się przyśniło - Annabeth uśmiechnęła się do mnie. Podbiegła do Percy’ego i chwyciła go za rękę.
                - Gadałyście o niej, prawda?- Drake nie dawał spokoju.
                - A co cię tak to interesuje? - uniosłam pytająco brwi.
                - No wiesz… po prostu niesamowita dziewczyna - odrobinkę się zmieszał. Punkt dla mnie kochany.

 
***

                Tak jak się spodziewałam na arenie szermierczej nie miałam nic do roboty. Wszyscy byli tak chętni do walki, że nie było nikogo, kto mógłby mi pokazać podstawy. Percy od razu zajął się walką z Clarisse. Drake wyjaśnił mi, że córka Aresa uważa tylko jego za godnego przeciwnika. Annabeth usiadła gdzieś z boku z laptopem (nie mam pojęcia skąd ona go tu wytrzasnęła). Drake pogadał ze mną chwilę i pobiegł walczyć z jakimś chłopakiem od Hermesa.
                Stałam oparta o ścianę i obserwowałam ich wszystkich. Wyglądali jakby urodzili się w walce. Płynne ruchy zawodowców mnie fascynowały. Nie wyobrażałam sobie siebie tak walczącej. Moją uwagę przykuł chłopak. No dobra wyglądał jak dwóch chłopaków. Był wielki! Powalił jednego chłopaka uderzeniem tarczy. Walczył mieczem z dwom przeciwnikami na raz.
                - Nie dziw się, jest od Aresa - odezwał się ktoś. Podskoczyłam przestraszona. Zdziwiona spojrzałam w bok, nie słyszałam, żeby ktoś podchodził obok.
                Po mojej lewej stał ciemnoskóry chłopak. Wyglądał na jakieś 17 lat. Był dobrze zbudowany, jego okrągła twarz miała pogodny wraz.
                - A ty jesteś od…?
                - Hefajstosa - uśmiechnął się trochę smutno - Nie martw się Lynnette, wcale nie jest tak źle jak myślisz.
                - Skąd ta pewność? - ten chłopak był jakiś dziwny. Nie umiałam tego określić, ale coś z nim było nie tak. Wydawał się zupełnie nie pasujący do otocznia. Był ubrany w strój do walki, ale to nie o wygląd tu chodziło. Było tak, że stał koło mnie, a ja mam wrażenie, że tak naprawdę jest gdzieś daleko.
                - Po prostu to wiem - przekręcił zabawnie głowę.
                - Dzieci Hefajstosa mają jakiś dar przewidywania przyszłości, czy co?
                - Coś ci powiem - zignorował moje pytania, w sumie dobrze, nie potrzebowałam odpowiedzi - Jesteś kimś, kto wywoła zamęt. Ogromny.
                - No to mnie pocieszyłeś - mruknęłam.
                - Ale to od ciebie wszystko zależy, wiesz? - powiedział. Jego uśmiech był tak smutny, że serce krajało mi się na sam jego widok - To ty dokonujesz wyborów w tej grze.
                - W jakiej grze? I jakich wyborów? Słuchaj, nie mam...
                -  Lynnette...? Z kim ty gadasz? - obróciłam szybko głowę i zobaczyłam Drake, patrzącego na mnie jak na wariatkę.
                - No z… - odwróciłam się do ciemnoskórego chłopaka, ale jego już tam nie było. W jednej sekundzie stał tu i się uśmiechał, a w drugiej już do nie było.
                - Co... do cholery… - ostatnio ciągle bywam zdziwiona do granic możliwości.
                - Lynnette, wszystko okej? Dobrze się czujesz? - zapytał Drake.
                - Nie… to znaczy tak. Wszystko okej - zamrugałam kilka razy - Wybacz , muszę iść.
                Nie czekając na jego reakcję biegiem ruszyłam z powrotem w stronę plaży. 

13 komentarzy:

  1. Wowww...Ciekawe kto to był : ) Rozdział bardzo mi się podoba jak wszystkie poprzednie i mam nadzieje (jakąś dziwną o.O ) ,że Nico i Lynnette bd razem :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też mam nadzieje , że Nico i Lynnette będą razem <3 :D Jestem też strasznie ciekawa kto jest rodzicem Lynn.
    A co do Mirandy. Naprawdę wyszła Wam super ;*
    Czekam na kolejny! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Miranda jest super.Jej postać wykreowałyście wręcz genialnie!Strasznie jestem ciekawa kto jest rodzicem Lynn.Mam nadzieję,że to Nyks :).Czekam na kolejny,

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, dobre :>. Sprawa z chłopakiem bardzo ciekawa, Miranda (już ją lubię :D) niesamowita no i ten wątek romantyczny, taak c:.
    Kocham was!

    OdpowiedzUsuń
  5. Każdy rozdział jest coraz lepszy i wciągający ;) z niecierpliwością czekam na wyjaśnienia co do tajemniczego chłopaka i na wątek miłosny :3

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja myślę że tajemniczym chłopakiem był duch i że był to Charles Beckendorf.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dobra to tak jestem tu nowa, ale po przeczytaniu tych kilku rozdziałów zakochałam się w tej historii. Naprawdę cudowna. Kim był tajemniczy ktoś od Hefajstosa ?? Może Charles ( a raczej jego duch xD ) Czekam na wąyek miłosny <3
    Hmmm Miranda ... jest bardzo ciekawą postacią ;)
    Weny życzę

    OdpowiedzUsuń
  8. Jestem, nie zapomniałam o Was!
    Widzę, że wszyscy się tak ekscytują tą Mirandą, a ja tam jej nie lubię. O wykreowaniu postaci też za bardzo nie mogę się wypowiedzieć, bo tak właściwie wiem, jak wygląda i że jest... złośliwa? To złe określenie, ale nie chce mi się wymyślać innego.
    Za to dalej nie wiem, kto jest boskim rodzicem Lynnette i wkurza mnie to niesamowicie, no!
    Hm, tajemniczy chłopak? Obstawiam ducha Beckendorfa, jak wszyscy. Nie mam innych pomysłów.
    Hahaha, Percy i ta jego duma z bycia chłopakiem Annabeth <3
    Rachel już ją widziała, tak? No cóż, zakładam, że przepowiednia z prologu, czy tam I rozdziału, jest o Lynn. Chociaż, znając Was, to mogę się mylić o.o
    Na razie dokładacie coraz więcej tajemniczych wątków, i dobrze! :>
    A teraz Lydia dostanie opierdziel. GDZIE, JA SIĘ PYTAM, GDZIE JEST ROZDZIAŁ NA KRWI?! Weź, bo skończyłaś w takim momencie, że nie mogę się doczekać.
    Weny! ;*

    OdpowiedzUsuń
  9. OMG, wczoraj znalazłam ten blog i muszę przyznać, jest niesamowity!! Wspaniały styl pisania, genialna fabuła, humor, tajemnice, czego chcieć więcej? Tak bardzo się zastanawiam, kto jest boskim rodzicem Lynette... I ten chłopak... Nie wiedziałam kto to może być, ale po przeczytaniu komentarzy obstawiam że to Beckendorf :D Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału! Weny!!

    OdpowiedzUsuń
  10. A i nominowałam was do Liebstera :D. Szczegóły na moim blogu, wbijajcie:
    amersu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Kocham waszego bloga <3 I zapraszam do mnie na pierwszy rozdział ;3
    raainblackburn.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  12. Informuję, że doczekałyście się oceny na Smell of Books, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

każdy komentarz to jedna puszka dla biednych małych satyrów :c
dziękujemy za wsparcie!